I to w pełnej krasie :) Śniło mi się, że wcale nie umarł, ze owszem, był bardzo chory i właściwie to przeżył
śmierć kliniczną i był w śpiączce. Ale ponieważ jego śmierć i pogrzeb wywołały
tyle zamieszania i smutku, że kiedy wyzdrowiał nie chciał pogarszać sprawy i
nikomu prawie nie powiedział, że żyje. Tym bardziej, że był skłócony z
rodzicami i chciał „zniknąć”, a im mniej osób wiedziało o jego faktycznym
stanie, tym lepiej.
Byłam w szoku, ale tak strasznie się cieszyłam, że żyje, że wybaczyłam
mu to nieporozumienie. Co chwilę go ściskałam i wierzcie mi, to był prawdziwy
Colin. Pachniał jak on, obejmował mnie „na misia”, jak tylko on potrafił, śmiał
się jak on, mówił dokładnie jak mój kochany Colin. No i szydera z niego była taka
sama, a po tym łatwo poznać.
Ten sen był tak realny, że jak się obudziłam, zastanawiam się,
czy to na pewno był sen. A może właśnie odwrotnie? Może jego pogrzeb mi się tylko
śnił, to się nie wydarzyło naprawdę?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz