Juz na bank zmieniam lekarza, bo mam dosyć tego idioty, Poczekam tylko do nastepnego tygodnia, bo mam umówioną wizytę z pielęgniarka i przenoszę się gdzie indziej.
W poniedziałek kazał mi zrobić coś co się nazywa "breath test", a ma sprawdzić, czy mam w żołądku jakiś tam helikobakter, który może powodować te problemy z brzuchem. On powiedział mi tylko tyle, ze mam nadmuchać do fiolki. I tyle. Okej, od czego są instrukcje, farmaceuci i internet? Przecież lekarz jest tylko od wypisywania recept.
Odebrałam test, farmaceutka zdziwiona, ze lekarz nic mi nie wyjaśnił, ale sama cierpliwie przeszła ze mną przez najważniejsze punkty instrukcji. I teraz problem: bo ja biorę leki na żołądek, a jest napisane w necie i w instrukcji, ze należy przerwać ich branie, bo w przeciwnym razie mogą one maskować coś tam. Kazała mi zwrócić się do lekarza z pytaniem, co mam zrobić.
Dzwonie. Recepcjonistka mówi, ze nie jest pewna, wiec poprosi lekarza, żeby oddzwonił. Cały dzień czekałam. Znowu! Nawet nie raczył oddzwonić.
Dziś jak wracałam z fizjo, zaszłam do przychodni, zapytać, czy przypadkiem zostawił dla mnie jakąś wiadomość.
- A! Tak - odpowiada recepcjonistka i wyciąga wypis leków, które mam w ich systemie na "reapet prescription".
Co za debil! Nie wierze, ze recepcjonistka źle mu przekazała. Zresztą przy mnie pisała notkę do niego, ze ma do mnie oddzwonić, wiec żadnej filozofii tu nie było. Bylo tylko proste pytanie czy i na jak długo nie brać tabletek.
Co do leków to w końcu dogadałam się z pielęgniarką, ze mam odstawić je na tydzień przynajmniej. Tak tez myślałam i już trzeci dzień nie biorę i rzygać mi się ciągle chce. Jeszcze tylko 4 dni wytrzymać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz