piątek, 5 czerwca 2015

Szpital

Prawie cały dzień spędziłam w szpitalu. A to jeszcze nie koniec. Kilka razy nie dałam rady. Udaję twardziela. Kilka razy, gdy Mirek chciał się zwolnić z pracy i przyjechać, zbagatelizowałam sytuację. Bo po co ma tam ze mną siedzieć, czekać na kolejne wyniki badan, czekać na widzenie z kolejnym lekarzem, położną, pielęgniarką... Poronienie in progres... KURWA MAĆ! Bo to nie jest tak, że jeden dzień i jesteście kwita. To się ciągnie i ciągnie. Ty próbujesz pogodzić się ze stratą, odbyć swego rodzaju żałobę, pożegnać i się wrócić do normalnego życia żeby nie zwariować, a to się nie da. Poziom hcg mi wzrósł, co oznacza, że moje ciało wciąż myśli, że jest w ciąży.
Plan na przyszły tydzień?
poniedziałek - fizjoterapia
wtorek - lekarz rodzinny
środa - Early Pregnancy Problems Clinic...

Wróciłam wykończona. Wszystko do prania (łącznie z kurtką i szalikiem). Ja - cała do prania. Brzydzę się szpitalem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz