Pierwszy zastrzyk za mną. Wczoraj usiedliśmy razem z Dexem i przeszliśmy jeszcze raz przez instrukcje, w razie, jakbym o czymś zapomniała. W końcu to ponad dwa tygodnie minęły od czasu gdy nam o tym mówili.
Taka byłam z siebie dumna, kiedy wszystko szło jak należy, aż w końcu dziabnęłam się igła w palec :D Na szczęście tą cienką, do zastrzyków, a nie tym grubasem do mieszania roztworu :D Aha, i zapomniałam wcześniej przetrzeć miejsce docelowe chusteczką spirytusową, ale z tego chyba tragedii nie będzie. Co mnie zdziwiło, to przypadkowe dziabnięcie w palec bolało jak cholera, a samego zastrzyku w udo wcale nie czułam. Choć przecież patrzyłam, jak robię, co by sugerowało mózgowi jakąś reakcję. A tu nic.
Apdejt: Nie bolało chyba z okazji "szczęścia początkującego", bo dalej to już trochę pobolewają te zastrzyki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz