Mam niedosyt spotkań z ludźmi w PL. Szczególnie z Sigrid. Co to jest: niecałe dwie godzinki przy kawie? Tyle co nic. Nie spotkałam się z Pisiorkiem, ani Wiewiórką... U Colina byłam tylko raz... Juz o Paolo nie wspomnę, bo odkąd wyprowadził się na drugi koniec kraju, to widzimy się raz na rok :(
Chrześniakiem tez nie zdążyłam się nacieszyć :/ Niefajnie jest mieszkać daleko, nawet jak się często przyjeżdża.
A z drugiej strony cieszyłam się, ze już wracam. Paskudnie się czułam przez większość czasu i na ostatnim etapie podroży już tylko modliłam się, żeby być jak najszybciej w domu, we własnym łóżku/wannie, przytulic się do Dexa. I to jest dobre, ze mam swoje miejsce. Moje życie zaczyna wracać do normy pod tym wzgledem :) Jest dobrze, mimo tego koszmarnego bólu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz