wtorek, 23 września 2014

Dekapitacja wskazana

Niby z głowa już nie jest tak źle, ale każde nerwowe zachwianie pokutuje conajmniej 3-dniowym bólem głowy. 

Day One (how it started): Wczoraj postanowiłam zadzwonić do szpitala, dowiedzieć się przynajmniej jak daleko w tyle jestem na liście oczekujących na fizjoterapie. I po co, kuźwa, była mi ta wiedza? Jakbym nie zadzwoniła, to nie napierdalałby mnie teraz łeb. A dowiedziałam się, ze w ogóle mnie na liście oczekujących nie ma!!!
Bezsilność rozłożyła mnie na łopatki. Bo pomijając to, ze moje problemy z głową zaczęły się w styczniu, to samo skierowanie na rehabilitacje miało pójść do szpitala na początku czerwca. A mamy koniec września, do dupy nędzy!!! Przecież takim sposobem, nigdy nie będę mogła wrócić na stale do pracy, nie mówiąc już o życiu, choć zbliżonym do normalności.
Sprawdziłam jeszcze raz listy od neurologa do mojego GP. No jest! Jak byk napisane: "I will reffer her to physiotherapy". I to było z 5 czerwca. Dzwonie do neurologa. Tym razem sekretarka łaskawie odebrala. Nawet mila pani. Sprawdziła swoje papiery i podobno lekarz wysłał to skierowanie do szpitala, ale kilka tygodni później niż mówi o tym w liście (albo to ściema). Ma sprawdzić ta sprawę i oddzwonić dzisiaj.

Day Two (dziś): Nie spalam pół nocy, bo oprócz bólu brzucha, boli głowa. Ciężko się skupić nawet na zebraniu tych kilku myśli na blogu. Dziś mam spotkanie z niejaka Jill w sprawie mojej przyszłości i pracy. Mam nadzieje, ze będzie cierpliwa, jeśli nie będę potrafiła sklecić porządnie dwóch zdań po angielsku :/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz