Znów młodsza grupa. Czas przekąski.
Paul: I know where you're from! I remember.
Ja; Do you? Tell me.
P: You're from Poland.
Ja: That's right.
A potem zupełnie niespodziewanie i z grubej rury (ale za to z szerokim uśmiechem).
P.: You have the worst football club ever.
Jeszcze chwilę pogadaliśmy o tym najgorszym klubie, po czym Stacey spytała:
S: Does anyone here can speak Polish?
Oczywiście, nikt się nie zgłasza. I teraz muszę ich uczyć polskiego. Odpowiedam jak są różne słowa po angielsku, np. cześć, dzień dobry i inne takie. Dzieciaki chwalą się, że potrafią liczyć do 10 po hiszpańsku, francusku. Jednocześnie wykrzykują coraz to nowsze słowa, jakie chcieliby znać po polsku. Sprawy odrobinę wymykają się spod kontroli, bo dzieciaki są strasznie podniecone wizją nauki czegoś nowego, więc Stacey zarzadza, że nauczą się liczyć do pięciu. Ja mówię liczby, oni powtarzają. Tyle. Jasne, że nikt z nich nie zapamięta, ani jednego słowa. Ale jedna dziewczynka zaraz po podwieczorku podchodzi do mnie i mówi ze słodką miną.
Ella: Marta, thank you for teaching us how to count to five in Polish.
Jeny, ona jest taka słodka, że tylko ją schrupać :D Nie wiem, jak jej mama to wytrzymuje, bo przy tym jest niesamowicie grzeczna i bardzo dobrze wychowana. I nie ma w sobie nic z lizusostwa, naprawdę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz