Śnił mi się mały Maciuś od Piłków. Tak naprawdę to on ma już dwadzieścia kilka lat i niezłe z niego ziółko, ale w moim śnie był słodkim małym 5-latkiem. Byliśmy nad jeziorem, rodzice się nim nie zajmowali, bo nie potrafił tak nurkować jak cała rodzina. Jego ojciec, niezbyt pochlebnie się wypowiadał na temat umiejętności swego najmłodszego. A ja trwałam przy Maćku, chciałam mu pomóc. Mówię nie przejmuj się co gadają rodzice, rób swoje.
Maciek ćwiczył dalej, ale nie posłuchał mojej prośby, żeby nie odpływał za daleko, bo w razie czego nie dam rady mu pomóc. Zagapiłam się na moment, a on to wykorzystał i odpłynął za daleko. Po chwili przybiegł do mnie jakiś gówniarz, powiedział, że Maciek się topi i wskazał miejsce gdzie mniej więcej zniknął mały kuzynek, Nie jestem dobrym pływakiem, ale w sekundę byłam już w jeziorze i próbowałam wypatrzyć go w bardzo mulistej wodzie. Nigdzie go nie było. Masakra! Dopiero po dłuższej chwili dostrzegłam, że jest sporo dalej, w innym miejscu. Udało mi się go wydobyć, był nieprzytomny. Wyciągnęłam go na brzeg, przechyliłam na bok, żeby usunąć wodę z ust i już, już miałam się zabrać za CPR, ale zobaczyłam, że jakby zaczął oddychać. Znów go przechyliłam i zaczęłam wołać jego imię. I... jest! Żyje!
Matko! Co ja przeżyłam tej nocy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz