poniedziałek, 25 czerwca 2018

Temporarily stupid girl

Uparłam się, że pójdę załatwić tymczasowe prawo jazdy osobiście. 
Bo nie lubię wysyłać dokumentów, 
bo wolę, żeby ktos mi na miejscu sprawdził, czy dobrze wypełniłam aplikację i ewentualnie uzupełnić, jeśli trzeba, 
bo można zapłacić kartą (nie uzywam czeków, a postal odrer duzo kosztuje). 
Tak więc wzięłam taksówkę i pojechałam na Castlereigh do centrum MOT. Usiadlam w małym pokoiku i patrząc na dwa zamknięte okienka pytam współczekających kiedy otwierają. Eeee, tu wcale nie otwierają, tu tylko testy robią. 
Świetnie! Super. Wychodzę, myślę, co teraz. Ale szkoda mi pół dnia (co prawda myslalam, że to będzie najdalej godzina, a reszta czasu "dla mnie"), które wzięłam wolne z pracy, więc postanowiłam pojechać na Boucher Road, do drugiego centrum, które na bank ma okienka otwarte i tam sprawdzą mi dokumenty. 
Znalazlam autobus do centrum, z centrum zaś dziewiątką na Lisburn Road. Patrzę na mapkę, e pikuś, to niedaleko. Zadowolona z siebie wskoczyłam do Sturbucka po kawę i ide dalej. Mapka prowadzi mnie w ślepą uliczkę. Ale idzie przede mną dwóch panów. Starszy popycha śmietnik na kółkach, więc ewidentnie gdzieś tu pracuje, a młodszy idzie pewnym krokiem (pewnie też do MOT!), to pójde za nim - pewnie wie gdzie idzie. 
Wiedział. Do pracy szedł. Po chwili zniknął na zapleczu restauracji. To idę dalej za starszym, trochę zdziwiaonym dlaczego go śedzę. Kiedy droga się skończyła, a przed nami ukazały się tylko trzy pary metalowych drzwi jakiegos zaplecza, poprosiłam pana o pomoc. 
- Bo trzeba używać mózgu zamiast aplikacji - powiedział zgryźliwie, ale zaraz dodał, że coś zaradzi i może mnie przeprowadzić przez tyły sklepu. 
I ja, głupia za nim poszłam. Dopiero jak przeszliśmy już parę metrów korytarzem wpadło mi do głowy jak durna i nieodpowiedzialna jestem. Już nigdy nie nakrzyczę na bohaterki filmów, ani powieści, za to, że na własne życzenie pakują sie w mega kłopoty, bo właśnie zupełnie nieświadomie zrobiłam to samo. Podążając za panem zupełnie dobrowolnie pomyślałam sobie, że jak ma mnie zabić, albo zgwałcić, to i nie ma odwrotu, bo za daleko zabrnęłam. Czy pójdę dalej za nim, czy się cofnę i zgubię w labiryncie korytarzy - nie ma znaczenia, ta sama droga. 
A tu nagle światełko w tunelu! pan wyprowadził mnie do obiecanego sklepu z odzieżą. A w nim była sympatyczna pani koleżanka i razem radziliśmy jak dojść do upragnionego przeze mnie celu.
Okazało się, że mapka pokazuje i owszem, trasę na piechotę, ale gdzieś przez tory, a potem na przełaj przez Business Centre, a ja muszę iść główną. 
Podziękowałam i ruszyłam w drogę myśląc o tym, jaka jestem niemądra, a przy okazji, że jestem szczęściarą, że trafiłam na dobrych ludzi w tych zakamarkach Belfastu.
Upał, a ja lezę. Zajęło mi to conajmniej kolejne 20-25 minut. Przezornie nie wzięłam wody, bo miałam jechać tylko na Castlereigh i nie chciałam niepotrzebnie targać i sikać co 15 minut. Chyba się lekko odwodniłam. Pustynia, żadnych sklepów. Jebany Charles Hurst na kilometry. 
Kiedy dotarłam do ośrodka MOT, pot ze mnie tak spływał, że przy okienku interesantów chyba została po mnie kałuża. Nie wiem, nie odwracałam się, w razie jakby ktoś pomyślał, że się zesikałam i rozpoznał moją twarz. 
A przy okienku niespodzianka: niestety, musimy wziąć pani paszport. 
Oddają tylko brytyjskie i irlandzkie, a EU moge sobie w dupę wsadzić. To znaczy nie mogę, bo mi zabrali. Odeślą za dwa tygodnie. 
I tak dobrze, że nie musiałam płacić za odnowienie, bo przygotowałam się na płatność kartą, a przy okienku był napis, który usilnie ignorowałam: We are sorry but unfortunately we cannot accept card payments. Temporarily.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz